Obserwuj nas

Lexus

TEST – LEXUS GS200T

Powiem więcej, jeszcze wyraźniej widać to w tylnych światłach, które mogłyby ewentualnie przypominać fajki. Z tyłu, nie zabrakło również sportowego zacięcia w postaci delikatnego dyfuzora w tylnym zderzaku. Cała reszta to jednak maksimum konserwatyzmu. Tylko spójrz na bryłę, delikatne przetłoczenia oraz chromowane wstawki, których na szczęście nie przedobrzono. W środku face lifting zmienił niewiele. Jest tu nowa kierownica, zegary oraz listwy wykończeniowe i choć do wskaźników nie jestem przekonany, tak nowy wolant prezentuje się znacznie lepiej. Niestety nie zmieniły się za to plastikowo-srebrzyste wstawki, psujące wrażenie przy bliższym kontakcie.

Na szczęście nie będziesz sobie nimi zbyt mocno zawracać głowy, bo twoją uwagę przykuje pokaźny ekran na konsoli środkowej, rozmiarami przypominający przeciętnej wielkości telewizor, jaki można było spotkać w domu jakieś 10 lat temu. Jeśli używasz nawigacji przy średnim przybliżeniu, to na skraju ekranu możesz zobaczyć Azję. Zasięg mapy jest po prostu przeogromny! Niewiele mniejsze wrażenie zrobił na mnie audio. To gra naprawdę przyjemnie i jeśli mam być szczery, to jest lepszy od niejednego markowego zestawu. Co ciekawe, mówimy tu o zupełnie standardowym nagłośnieniu, nie o topowy Marks&Levinsonie. Jeśli jednak chciałbyś na nim oszczędzić, ponieważ seria okazała się zaskakująco dobra, nie rób tego. Sam się zastanawiałem nad tym, jaki jest sens Marks&Levinsona, jednak kiedy znowu posłuchałem z niego muzyki, wszystko wróciło do normy.

Lexus GS sprawił mi też inną niespodziankę. Do tej pory, 2 litrowy silnik z turbo zapamiętałem, jako zaprzeczenie ideologii downsizingu, ponieważ motor był niezbyt dynamiczny, za to sięgający po paliwo tak ochoczo, jak rolnik po dopłaty. To znaczy, jeśli ostrożnie operujesz pedałem gazu, jednostka odwdzięczy się niewielkim zużyciem paliwa, ale jeżeli postanowisz jechać normalnym tempem, 200t będzie pić tyle, co V6. Tutaj jest trochę lepiej. Na 200 kilometrowej trasie, GS200t skonsumował równowartość 1/4 baku, czyli jakieś 15 litrów. W tym czasie wcale nie jechałem wolno, bo jakieś 140 km/h.

Przy takim układzie, średnie spalanie na poziomie 7 litrów na 100 km za zadowalające uznam nawet ja. Zwłaszcza, że pod maską gnieździ się całkiem żwawe stado 245 KM i 350 Nm momentu obrotowego. Jakieś słabe punkty? Skrzynia biegów, która nie lubi swojej roboty, powściągliwie zmieniając przełożenia. Dość intrygująca jest też praca turbosprężarki, a właściwie jej świst. W żadnym innym samochodzie klasy wyższej praktycznie nie da się usłyszeć pracy ślimaka, za to tutaj, turbo dość mocno daje o sobie znać, wyraźnie podkręcając zapędy do szybszej jazdy. Jeśli lubisz tego typu zaczepki, to dodam, że w zakrętach, GS200t prowadzi się bardzo dobrze, a układ hamulcowy nie tylko przyzwoicie radzi sobie z zatrzymaniem 1 700 kg, ale też daje świetne wyczucie pod środkowym pedałem.

Strony: 1 2 3

Czytaj dalej
Reklama
Komentarze

Lexus

TEST – LEXUS RX450H

Lexus RX był pierwszym SUV-em na rynku, który miał w ofercie napęd hybrydowy. Z biegiem lat, podobnych konstrukcji pojawiło się coraz więcej, jednak z czasem, te zostały wyparte przez samochody z systemem Plug-In. Czy w takim wypadku, jedyna tradycyjna hybryda w postaci Lexusa RX450h ma jeszcze jakiś sens? 

Silnik: V6 Pojemność: 3456 cm3 Moc: 313 KM/6000 obr./min. Moment: 474 Nm/4600 obr./min. Skrzynia biegów: Bezstopniowa 0-100 km/h: 7.7 s Prędkość max. 200 km/h Masa 2100 kg Cena 307 500 PLN

Jeśli masz mniej, niż 20 lat, to najprawdopodobniej ten artykuł będzie dla ciebie prawdziwą lekcją historii. Zanim jednak od niej zacznę, dodam, że właściwie to nie potrafię wyobrażać sobie, żebyś nie miał pojęcia, czym jest Snake. Mimo, iż logika nakazuje być ostrożniejsza w stawianiu takich wniosków, to nie umiem wyimaginować sobie sytuacji, kiedy pytam kogoś: „grałeś w węża?” i w odpowiedzi dostaję kręcenie głową z pytaniem „a co to?”.

Trzeba pamiętać, że ta gra zawdzięcza swoje istnienie telefonom marki Nokia. Tak, to dokładnie ta firma, od pancernych cegieł z modelami 3210 oraz 3310 (z końca lat 90. XX wieku) na czele, o których mówi cały świat memów. Lata mijały, a telefony zmieniały się tylko o tyle, ile musiały. Pojawiły się kolorowe wyświetlacze, sieć 3G, aparaty fotograficzne, czy system operacyjny Symbian, jednak marka nie wyróżniała się niczym na tle coraz to większej konkurencji. Efektem tego był rok 2009, czyli pierwszy, w którym marka zaczęła odnosić stratę. Powody były dwa. Pierwszym był debiut pierwszego iPhone-a w 2007 r. Drugim, pojawienie się rok później systemu operacyjnego Android.

Jaka była odpowiedź fińskiej marki? W 2011 r, kierownictwo nawiązało współpracę z Microsoftem, wypierając Symbiana na rzecz systemu Windows Mobile. Zmiany, dla potencjalnych klientów, nie były żadnym argumentem przemawiającym za zakupem nowego telefonu z Espoo, przez co rok później marka przestała być największym producentem aparatów komórkowych na świecie, a w 2013 roku Nokia zostaje wykupiona przez Microsoft. Zastanawiacie się, czemu największy komórkowy gigant trafił do lamusa? Powodem jest „przespanie boomu” na smartfony oraz szereg złych decyzji biznesowych.

Oczywiście nie da się tego powiedzieć na temat Lexusa, chociaż z drugiej strony nie sposób nie odnieść wrażenia, że Japończycy zdecydowanie przespali pewien etap tego typu konstrukcji. W 2005 roku, kiedy to debiutował pierwszy SUV napędzany silnikiem elektrycznym i spalinowym (czyli Lexus RX400h), mieszana hybryda była przyszłością oraz znakiem nadchodzących czasów. I rzeczywiście tak było. Z biegiem lat, na świecie zaczęło przybywać samochodów z „dwoma sercami”. Teraz, 13 lat po debiucie, praktycznie każdy producent SUV-ów na rynku musi mieć w ofercie auto z tego typu napędem. Sęk w tym, że wszyscy inni sprzedają hybrydy typu Plug-in, a rozwiązania znanego z Lexusa nie znajdziesz już nigdzie indziej, poza RX450h.

Czy to źle? Jeśli pominiesz fakt, że przez pierwsze 30-40 km od naładowania akumulatorów, nie będziesz mógł jeździć wyłącznie na prądzie, a średnie zużycie paliwa będzie o około litr wyższe, niż w np. konkurencyjnym Volvo XC90 T8, to raczej nie. Średnie spalanie w RX450h w trasie to niespełna 8 litrów na 100 km, jednak najniższy odnotowany wynik nieznacznie przekraczał 7. Nie są to może wartości, od których dostaniesz oczopląsu, jednak musisz pamiętać, że pod maską jest 3,5 litrowe, wolnossące V6.

Samo w sobie produkuje 263 KM i 335 Nm momentu obrotowego, ale w połączeniu z silnikiem elektrycznym, zespół wyciska z siebie 313 KM oraz 474 Nm. Sprint do 100 km/h? To nie powinno trwać dłużej, niż 8 sekund, ale prędkość maksymalna to równo 200 km/h. Liczyłeś na więcej? Cóż, samochód waży 2,1 tony, zaś możliwości autostradowe, ograniczone są przez zespół hybrydowy. W praktyce i tak będziesz zadowolony, bo auto z entuzjazmem podchodzi do rozpędzania się, a słuchanie brzmienia silnika V6, to coś, czemu z przyjemnością będziesz się oddawać. To tak samo mocna karta RX-a, co nagłośnienie od Marks&Levinsona, które brzmi wspaniale.

A skoro jesteśmy już w środku, warto też wspomnieć o wygodnych siedzeniach, wyściełanych miękką skórą, w których jazda jest prawdziwą przyjemnością. Z resztą widać, że nie szczędzono tu krów, bo szlachetnym materiałem pokryto też boczki drzwiowe oraz dużą część deski rozdzielczej. Na tym nie koniec, bo znajdziesz tu również drewno, którym wyłożono tunel środkowy. Fakt, nie jest to dużo. Zdecydowanie więcej znajdziesz srebrzystych wstawek, które co prawda ładnie wyglądają, jednak pod palcami zbyt mocno „smakują” plastikiem. Rozczarowany? Podgrzewanie kierownicy, bezgranicznie nieocenione zimą (zwłaszcza, kiedy na mrozie myjesz, czy fotografujesz samochód), działa wyłącznie tam, gdzie powinieneś trzymać ręce, a i tam nie urzeka skutecznością. W zasadzie to równie dobrze mógłbyś sam sobie chuchać w dłonie.

RX450h nie tylko tutaj rozczarowuje. Pomimo napędu na obie osie, auto, na śniegu, okazuje się być potwornie podsterowne. Zapomnij o jakiejkolwiek zabawie, zarzucaniu tyłem i tym podobnych rozrywkach. Odnosiłem wrażenie, jakby tylna oś nie miała nic wspólnego z układem napędowym. Problem jednak okazuje się być poważniejszy, bo przednia oś nie umie utrzymać się w ryzach nawet na suchym asfalcie i jak na moje oko, problem nie leży wyłącznie w oponach Yokohama, w rozmiarze 235/55R20. Ktoś oczywiście zaraz powie: „przecież zawieszenie w Lexusach mają komfortowe nastawy (z wyjątkiem wersji F Sport), więc nie wymagaj od nich wyścigowego prowadzenia!”. Owszem, nie wymagam, ale np. równie komfortowy Mercedes prowadzi się znacznie lepiej. Nawet pomimo tego, iż musisz zaakceptować układ kierowniczy, który działa z podobnym opóźnieniem, co w Lexusie. Nie jest to jeszcze nic złego. Nadal nie mogę zapomnieć, jak koszmarną reakcję na ruch kierownicą zaoferowało Audi w Q7.

Z resztą, jeśli chcesz mieć fajnie prowadzącego się SUV-a, który potrafi niewiele palić i jest Lexusem RX450h, to zjedź szczebel niżej w tabelce wersji wyposażeniowych i wybierz odmianę F Sport. Ten ma sztywniejsze zawieszenie oraz bardziej bezpośredni układ kierowniczy. Ponadto, jeśli może to być argumentem, również ciekawsze zegary. I jeszcze jedno. Hybrydowy RX450h jest też ciekawszą propozycją od benzynowego RX300, do niedawna znanego pod nazwą RX200t, bo jest szybszy i pali mniej. Jeśli więc chcesz mieć takiego, musisz przygotować co najmniej 307,5 tysiące złotych. Prezentowany samochód, w wersji Prestige z lakierem metallic oraz pakietem Exclusive to wydatek 428 100 zł.

Marcin Koński

Czytaj dalej

Lexus

Test – Lexus IS200T

Jeśli nie możesz sobie wyobrazić tego, jak mógłby wyglądać obecny Lexus IS F, popatrz na IS200t z pakietem F Sport. Zmień końcówki wydechu, dodaj pokaźniejsze tarcze hamulcowe, lekko uwydatnij przednie błotniki i voilà! A i bez tego wszystkiego auto w tylnym lusterku potrafi wzbudzi przerażenie.

[divider]Specyfikacja[/divider]Silnik: R4 Pojemność: 1998 cm3 Moc: 245 KM/5800 obr./min. Moment: 350 Nm/1650-4400 obr./min. Skrzynia biegów: Automatyczna, ośmiobiegowa 0-100 km/h: 7.0 s Prędkość max. 230 km/h Masa 1680 kg Cena 162 900 PLN

Lexus IS F był prawdziwą niespodzianką dla miłośników marki, czy w ogóle szybkich samochodów. Dlaczego? Do momentu premiery, japoński producent był kojarzony z nudnymi limuzynami, które niewiele robiły sobie z mocą, jaką potrafiły wykrzesać silniki pod ich maskami. Nie wspomnę tu nawet o prowadzeniu, bo te, poza tym, że w ogóle było, nie zasługiwało na większą uwagę. Te samochody przede wszystkim miały zapewnić komfort. No w sumie to jedynym wyjątkiem byłby pierwszy IS, którego ochrzczono mianem japońskiego BMW serii 3. Ten jednak nie oferował niczego na miarę topowego M.

Aż wreszcie przyszedł rok 2007, kiedy to podczas targów w Detroit zaprezentowano katanę na niemiecką trójcę. Do stosunkowo niewielkiego, czterodrzwiowego nadwozia wciśnięto wolnossący, pięciolitrowy silnik o mocy 423 KM i momencie obrotowym równym 505 Nm. Taki zestaw wprawiał w ruch tylne koła, przerzucając auto przez granicę 100 km/h w niespełna 5 sekund. Prędkość maksymalna? Niczym niezmącone 270 km/h. I żeby nie było, że IS F był w stanie dogonić Niemców wyłącznie na prostej, tylko dlatego, że nie miał założonego elektrokagańca. W zakrętach można było polegać nie tylko na fantastycznym podwoziu i odpowiednio szerokich oponach, ale również na zaawansowanej elektronice, odpowiadającej nie tylko za utrzymanie samochodu w torze jazdy, ale również za jak najszybsze pokonanie zakrętów.

I wszystko byłoby naprawdę wspaniałe, gdyby nie to, że zapewne zastanawiacie się, o jakim samochodzie miałem tak naprawdę pisać. IS F-a zaprzestano produkować po siedmiu latach, a niewiele później zaprezentowano jego następcę, dwudrzwionego RC F-a. Nie. Wcale nie chodzi mi o to, że RC F nie jest ciekawy, bo auto mi się podoba pod pewnym warunkiem. Nie jest wyposażony w pakiet Carbon. Ja z kolei mam pewien niedosyt, bo bardzo chętnie zobaczyłbym nową generację IS F-a. Zwłaszcza, że po liftingowemu IS-owi z pakietem F-Sport naprawdę bardzo niewiele brakuje do tego, by wyglądać odpowiednio. A już na pewno w płomiennej czerwieni.

Przede wszystkim zwróćcie uwagę na przód IS-a. Klepsydra, czy też jak kto woli, paszcza predatora, stała się jeszcze bardziej wyrazista i z jeszcze większą łatwością wyprasza towarzystwo z lewego pasa. Nie wykluczone, że niemała w tym zasługa również bardzo zadziornych, pionowych wlotów powietrza po bokach zderzaka, bądź reflektorów, które naprawdę zjawiskowo prezentują się po zmroku. Z resztą to z tyłu również wygląda bardzo interesująco za sprawą potrójnych, nakładających się na siebie LED-ów w kształcie litery „L”. Pomiędzy nimi uwagę przykuwają kute felgi o rozmiarze 19 cali oraz progi, zawijające się do góry przy tylnych kołach.

W środku trudno o bardziej sportowy klimat. Kierowca jest ciasno obudowany wysokim tunelem środkowym i masywną deską rozdzielczą, a za nieszczególnie dużą i świetnie trzymającą się w dłoniach kierownicą macie absolutnie najfajniejszy zestaw zegarów, jaki możecie znaleźć w tej klasie. Bo w sumie trudno o coś lepszego, co praktycznie jest żywcem wyciągniętego z Lexusa LFA. Co prawda tutaj obrotomierz jest wyskalowany do 7 tysięcy obrotów, a wskazówka nie wspina się na czerwone pole z takim impetem, jak przy epickiej V10, ale ten zegar potrafi się przesuwać! No i wygląda dokładnie jak w LFA! I uwielbiam go ze wszech miar! Nie ma w tym samochodzie niczego lepszego, choć fotel naprawdę fajnie trzyma ciało w zakrętach, a nić pięknie odcina się bielą na wszechobecnych połaciach czerni. Sam lifting też wiele tu zmienił. Znajdziecie lepszej jakości listwy wykończeniowe, a większy ekran nawigacji oczarowuje rozdzielczością.

Oczarowanie nie opuści Was jeszcze na długo. Jeśli postanowicie zacząć jazdę od krętego odcinka za miastem. IS200t fantastycznie układa się do zakrętów, sprawiając wrażenie niebywale zwartego. Szkoda tylko, że opony zimowe Bridgestone nie dorównują możliwościom zawieszenia, wpędzając auto w raptowną podsterowność, a układ kierowniczy stał się lekko kluchowaty. W sumie to nie miałbym nic przeciwko, gdyby kierownica kręciła się z trochę większym luzem i szybciej zlecała komendy przedniej osi. Tak samo, jak bardzo chętnie widziałbym tu znacznie bardziej żywiołową skrzynię biegów, bo ta w standardowym ustawieniu jest szybka jak pędzący z prędkością maksymalną walec drogowy.

Poważnie. Skrzynia jest tak powolna, że na autostradzie najlepiej jest jechać w trybie sportowym. No, chyba, że ogarniasz przerzucanie łopatkami ośmiu biegów. Wtedy te okażą się być nawet na coś przydatne. Być może to właśnie przez przekładnię, Lexus IS200t rozpędza się do 100 km/h w 7 sekund (dla porównania BMW 330i robi to samo w mniej, niż 6). Prędkość maksymalna? 230 km/h, czyli mniej, niż oferuje konkurencja. Zużycie paliwa? Jeśli nieszczególnie cię ono obchodzi, to na pewno możesz zapomnieć o wyniku poniżej 12 litrów na setkę, co oznacza, że Lexus też więcej pali od swoich rywali. Czy w takim razie Lexus naprawdę nie ma żadnych dobrych stron? Ma. Przede wszystkim jest tu trochę charakteru, bo auto lubi zamiatać biodrami (zwłaszcza na mokrej nawierzchni), no i mimo mizernego przyspieszenia do setki, dość szybko osiąga 200 km/h i więcej.

Trudno jednak przy wyborze IS200t kierować się wyłącznie rozumem i chłodną kalkulacją, bo poza zachwycającym designem oraz śmiałym nawiązywaniem do najlepszego Lexusa w historii, nie znajdziecie tu zbyt wiele ostatnich krzyków innowacji. Fakt, wyposażenie jest tu przebogate, ale ciągle brakuje mi rozbudowanego asystenta świateł drogowych. No bo w sumie to po co mi taki, działający na zasadzie „włącz-wyłącz”, skoro sam mogę być przynajmniej równie skuteczny? W dodatku snop światła dość słabo doświetla to, co znajduje się powyżej linii oczu. Szkoda, że Lexus nie zdecydował się na bardziej wydajne rozwiązanie, które jest bezpieczniejsze przy szybkiej jeździe autostradą po zmroku.

Mimo wszystko i tak bardzo chętnie zainteresowałbym się Lexusem IS200t. Cena? Katalogowo to co najmniej 163 tysiące złotych, ale w promocji możecie dorwać auto już za 30 tysięcy zł mniej. Prezentowany model, z pakietem F Sport, lakierem metallic i skórzanymi siedzeniami to wydatek 191 400 zł. Jak za możliwie maksymalnie wyposażone auto, cena wydaje się być całkiem atrakcyjna.

Marcin Koński

Czytaj dalej

Lexus

Porównanie – Lexus RX450H I Volvo XC90 T8

Ostatnio na rynku pojawiło się bardzo dużo hybrydowych SUV-ów z możliwością naładowania akumulatora z gniazda. Czy to oznacza zmianę kierunku rozwoju najbardziej ekologicznych samochodów tego typu? Na przeciw siebie postawiłem Volvo XC90 T8 i Lexusa RX450h.

[divider]Specyfikacja Lexus[/divider] Silnik: V6 Pojemność: 3456 cm3 Moc: 313 KM/6000 obr./min. Moment: 474 Nm/4600 obr./min. Skrzynia biegów: Bezstopniowa 0-100 km/h: 7.7 s Prędkość max. 200 km/h Masa 2100 kg Cena 307 500 PLN
[divider]Specyfikacja Volvo[/divider] Silnik: R4 Pojemność: 1969 cm3 Moc: 407 KM/5700 obr./min. Moment: 640 Nm/2200-5400 obr./min. Skrzynia biegów: Automatyczna, ośmiobiegowa 0-100 km/h: 5.6 s Prędkość max. 230 km/h Masa 2295 kg Cena 351 600 PLN

Raz na jakiś czas samochody prasowe lubią wracać pod naszą prasową strzechę. Czasami zupełnie przypadkowo z czyjegoś błędu, ale zdarzają się też konkretne powody. Głównym z nich jest zaplanowane porównanie, które w praktyce okazuje się być tak trudne do wykonania, jak pogodzenie socjalistycznej polityki (p)osłów z Wiejskiej ze zmniejszającym się zadłużeniem państwa. W tym wypadku porównanie nasunęło mi się samo, ponieważ byłem niezwykle ciekaw, które rozwiązanie samochodu hybrydowego okaże się lepszym pomysłem.

Jako, że w pierwszej kolejności chciałem napisać o tej dwójce z osobna, to zaserwuję Wam coś wyjątkowego. Dlaczego? Poza samą ciekawością, powodem jest jest jeden z kolegów „po fachu”, który zrobił na mnie donos do Volvo. Owy jegomość wyraził swoje wielkie niezadowolenie tym, że jako, iż reprezentuje redakcję o większym zasięgu, nie doczekał się jeszcze hybrydowego XC90. Jakim cudem więc dostał go ktoś taki jak ja? Ano drogi kolego, gdybyś był choć w połowie tak bystry, co wyszczekany, to zauważyłbyś na samochodzie coś, co się nie zgadza. Mnie pozostaje tylko zadedykować Ci ten tekst oraz test Volvo XC90 T8, który ukaże się w bliżej nieokreślonym czasie.

Wracając do samochodów, to już z zewnątrz widać, że jedyne, co łączy oba modele, to przynależność do klasy SUV. Lexus wygląda jak zupełne przeciwieństwo Volvo. Ma gigantyczny grill, którym rozgania kółka wzajemnej adoracji z lewego pasa oraz —  wyjątkowo tym razem — zintegrowane z reflektorami światła dzienne. Z boku, RX450h zadziwia niezbyt długą, ale za to mocno zagiętą maską. Sama sylwetka wydaje się być znacznie bardziej opływowa i atletyczna za sprawą wysoko poprowadzonej linii okien. Atletyczna jednak nie oznacza, że jest ciężka, bo 20 calowe felgi wcale nie wydają się znikać w nadkolach. Trudno za to będzie znaleźć końcówki wydechu, gdyż te schowano za zderzakiem. I tutaj pojawia się wielka ściema polegająca na tym, że skoro samochód hybrydowy jest przyjazny środowisku, to nie powinien wpływać spalinami na topienie się domów niedźwiedzi polarnych.

Zupełnie inne podejście reprezentuje Volvo, które wcale nie ukrywa rur wydechowych. Co więcej, w dwóch, potężnych otworach mieści ich tyle, co Ferrari. Jak na samochód, który z założenia ma być ekologiczny, to już dość bezczelne posunięcie. I to mi się podoba! Z resztą z której strony by nie spojrzeć, to XC90 wygląda świetnie. Sylwetka, mimo, że klasyczna do bólu, to cieszy oczy znacznie lepszymi proporcjami nadwozia z długą, płaską maską w roli głównej. Z przodu auto zachwyca światłami dziennymi w kształcie litery „T”, jednocześnie wzbudzając respekt wielkim grillem. Generalnie „wielki” w przypadku Volvo powinno być słowem kluczem, czego najlepszym przykładem są felgi. Te mają rozmiar 21 cali, a w ofercie są jeszcze większe obręcze!

Najciekawsze jest to, że siedząc za kierownicą XC90, wcale nie czuć jego wymiarów, jednak znacznie więcej uwagi poświęcicie świetnie skrojonym fotelom z miękką tapicerką, drewnianym panelom na desce rozdzielczej oraz prawdziwemu dziełu sztuki w postaci dźwigni zmiany biegów. Kryształowa manetka cieszy oko nie tylko za dnia, ale przede wszystkim w nocy, kiedy jest podświetlona mlecznie-białym światłem. Równie dobre wrażenie robią cyfrowo-analogowe zegary oraz interface centralnego ekranu, który z grubsza przypomina ten z tabletów producenta z Cupertino. Jeszcze nie spotkałem się z tym, że tak pragmatycznie uporządkowane wnętrze działa na mnie aż tak uspokajająco. Nie ma żadnego elementu, który by drażnił, a smaczki w postaci między innymi wygrawerowanych klamer pasów bezpieczeństwa, czy szwedzkich flag na siedzeniach są po prostu urocze. No i zestaw audio Bowers&Wilkins. Moim zdaniem to najlepszy seryjny zestaw audio premium, jaki można obecnie znaleźć w samochodzie.

Tylko dwóch innych producentów może z nim konkurować. Burmester z Mercedesa oraz Marks&Levinson w Lexusie. Ten ostatni nie jest co prawda aż tak krystalicznie czysty i ciepły w brzmieniu co zestaw z Volvo, ale dźwięk z głośników jest porównywany do oblewania uszu miodem i wycierania jedwabiem, mimo, że od czasu do czasu da się usłyszeć przeszywająco ostre tony. Tak też w skrócie można scharakteryzować całe wnętrze Lexusa, bo to prezentuje się nowocześnie, ale też bardziej konserwatywnie, niż w Volvo. Z jednej strony pełno ostrych kantów oraz płaskich, poziomych powierzchni, które pomieszano z analogowym zegarkiem i wszechobecnymi przyciskami, które w XC90 zostały zastąpione niemal całkowicie przez dotykowy ekran. Skórzana tapicerka na siedzeniach jest jeszcze bardziej miękka, a drewniana półrynna zachwyca niemal tak bardzo jak panele podłogowe na konsoli środkowej rywala. Szkoda tylko, że plastików udających aluminium w RX450h jest dużo więcej.

Odnoszę wrażenie, że samo auto też coś udaje. Dlaczego? Ponieważ nie ma tradycyjnego napędu na obie osie. Moc silnika spalinowego (3.5 litrowe V6) wędruje na przednie koła, zaś każda z dwóch jednostek elektrycznych napędzają swoją oś. W teorii powinniśmy otrzymać auto, które powinno zachowywać się jak każdy normalny samochód z napędem wszystkie koła. Ten jednak na śniegu jeździ jak Honda Civic wpadając w podsterowność rozmiarów góry Fuji. Rozczarowujące jest również to, że Lexus ma problemy z podsterownością oraz trakcją także na suchym asfalcie i moim zdaniem, nie jest to wyłącznie wina opon. Jednym z powodów jest sprint do 100 km/h w blisko 8 sekund, zaś dzięki 313 KM, RX450h rozpędza się do zablokowanych elektronicznie 200 km/h.

Volvo jest tu znacznie szybsze, bo 2 litrowy silnik oraz jednostka elektryczna osiągają razem 407 KM i 640 Nm, rozpędzając 2.3 tonowego kolosa do 230 km/h. Pierwsza setka? W 5.6 sekundy! Jakby tego było mało, Volvo zadziwia lekkością prowadzenia, bez względu na to, po czym się nim poruszacie, a naprawdę zakochacie się w nim podczas poślizgów na ośnieżonym placu. Czy to w trybie czysto elektrycznym, czy hybrydowym, XC90 jest po prostu czarujące, choć z drugiej strony, mogłoby mieć całkowicie wyłączalną kontrolę trakcji i trochę cięższe wspomaganie dla lepszego wyczucia samochodu.

Nie po to jednak postawiłem Lexusa i Volvo na przeciw siebie, by wyłonić zwycięzcę na podstawie możliwości jazdy w kontrolowanym poślizgu. Znacznie bardziej zastanawiającą rzeczą jest to, który rodzaj napędu hybrydowego będzie bardziej efektowny w dużym SUV-ie. Lexus to tradycyjny samochód hybrydowy, w którym silniki elektryczne wspomagają jednostkę spalinową. Ta w porównaniu do Volvo brzmi wspaniale, jednak 3.5 litrowe V6 potrzebuje więcej benzyny niż Volvo. W trasie RX450h zużył średnio 7.9 litra paliwa na 100 km. XC90, choć napędzany przez mocniejszą jednostkę (sam silnik spalinowy produkuje więcej koni mechanicznych, niż całość układu Lexusa), wypijał jedynie 6.7 l/100 km bezołowiowej. Ponadto w pełni naładowany akumulator pozwala na pokonanie na samym „prądzie” nawet do 40 km.

W takim wypadku, jeśli z reguły nie jeździcie zbyt wiele, albo poruszacie się głównie w mieście, to Volvo okaże się być zdecydowanie lepszym wyborem. Poza miastem, zarówno tradycyjny układ, jak i Plug-in okazują się być praktycznie tak samo wydajne, a różnica wynika z wielkości samych silników spalinowych. Przewaga Lexusa może wyłonić się podczas jazdy autostradowej, kiedy zużycie paliwa w Volvo zaczyna bardzo gwałtownie rosnąć. Jak bardzo? Przy prędkości 150-170 km/h to wynosi około 18 litrów na 100 km.

Na koniec argumenty ekonomiczne. Ceny Lexusa RX450h zaczynają się od 307 500 złotych. Samochód skonfigurowany na wzór prezentowanego modelu jest w topowej wersji wyposażeniowej, którą doposażono w niemal wszystko, poza drewnianą kierownicą, a jego wartość to 432 tysiące zł. Volvo XC90 T8 jest dostępne od 351 600 zł, zaś prezentowany model w 7 osobowej wersji Inscription, z m. in. wszelkiej maści asystentami kierowcy, zestawem audio Bowers&Wilkins, nawigacją satelitarną, światłami LED, wyświetlaczem Head-up, podgrzewanymi i klimatyzowanymi siedzeniami to wydatek ponad 444 tysięcy złotych. I choć Lexus brzmi naprawdę świetnie, to wybieram Volvo.

Marcin Koński

Czytaj dalej
Reklama

Facebook

Reklama

Testy

Testy2 miesiące temu

TEST – VOLVO V90 CROSS COUNTRY D4

Wydaje mi się, że uterenowione kombi powstały z dwóch powodów. Pierwszy, aby pomimo większego prześwitu nadal prowadziły się jak normalne...

Testy2 miesiące temu

TEST – VOLKSWAGEN SCIROCCO R CUP

Szczerze przyznam, że nigdy nie byłem fanem ostatniej odsłony Volkswagena Scirocco z jednego prostego powodu. Nie podoba mi się, a...

Testy3 miesiące temu

Test – Toyota GT86

Mogłoby się wydawać, że Toyota GT86 to samochód, w którym będziesz mógł zabrać co najwyżej jedną osobę i to co maksymalnie na...

Mitsubishi3 miesiące temu

TEST – MITSUBISHI ASX 2.2 4WD RALLIART

Jeśli jesteś fanem kultowych marek, o których od jakiegoś czasu wiadomo bardzo niewiele, to Mitsubishi w swoich salonach ma jeszcze...

Mitsubishi4 miesiące temu

TEST – MITSUBISHI ASX 1.6

Mitsubishi ASX jest na rynku już od 8 lat. To bardzo dużo, zważywszy, że obecnie, producenci w tym czasie zdążyliby...

Opel4 miesiące temu

TEST – OPEL ASTRA 1.0 TURBO

Bardzo duży, kompaktowy samochód z ekonomicznym, benzynowym silnikiem i rewelacyjnym zawieszeniem za rozsądne pieniądze. Czyżby marzenie „Grażyn” i „Januszy” tak...

Lexus4 miesiące temu

TEST – LEXUS RX450H

Lexus RX był pierwszym SUV-em na rynku, który miał w ofercie napęd hybrydowy. Z biegiem lat, podobnych konstrukcji pojawiło się...

Renault4 miesiące temu

TEST – RENAULT MEGANE GRANDTOUR GT

Topowy, rodzinny kompakt od Renault charakteryzuje się fantastycznym systemem 4Control i ponad 200 konnym silnikiem z turbodoładowaniem. O ile pierwsze jest...

Jeep5 miesięcy temu

TEST – JEEP COMPASS 1.4 MULTIAIR

Po niezbyt udanym poprzedniku, Jeep postanowił nie składać broni i zbudował nowy model kompaktowego SUV-a. Aby Compass numer dwa miał...

Hyundai5 miesięcy temu

TEST – HYUNDAI TUCSON 1.7 CRDI

Hyundai Tucson to całkiem ładny, nieźle wyposażony i atrakcyjnie skalkulowany SUV, który najprawdopodobniej przypadnie do gustu zdecydowanej większości poszukujących tego...

Najpopularniejsze