Obserwuj nas

Lexus

Test – Lexus GS F

W świecie opanowanym przez downsizing i turbosprężarki naprawdę trudno jest się czymś wyróżnić. I nie mówię tu wyłącznie o samochodach stricte sportowych, bo szybkie limuzyny z dużym, wolnossącym V8 to już praktycznie gatunek wymarły. Ostatnim żyjącym jest Lexus GS F.

[divider]Specyfikacja[/divider]Silnik: V8 Pojemność: 4969 cm3 Moc: 477 KM/7100 obr./min. Moment: 530 Nm/4800-5600 obr./min. Skrzynia biegów: Automatyczna, ośmiobiegowa 0-100 km/h: 4.6 s Prędkość max. 270 km/h Masa 1790 kg Cena 445 900 PLN

Nie raz zapewne zastanawialiście się, po co pod maską ogromnej limuzyny, czy SUV-a znajduje się potwornie mocny silnik. W końcu jeśli ktoś oczekuje od samochodu osiągów przyprawiających o zawrót głowy, to powinien sięgać po odpowiednio godny sprzęt. Na przykład Porsche 911, albo inne auto ze sportem zapisanym w kodzie genetycznym. Takie też jest moje zdanie, bo nienawidzę kompromisów. Rozumiem jednak, że zakup rasowej limuzyny albo SUV-a jest czymś uzasadniony i jest to kompromis posiadania auta sportowego w czymś, co zabierze na pokład co najmniej cztery osoby.

O ile szybkie SUV-y nie wywołują we mnie niczego więcej, jak tylko przewrócenie oczami, tak mój stosunek do szybkich limuzyn jest zgoła inny i nie jest to kwestia uzyskania kompromisu. W sumie to nie wiem nawet jak wytłumaczyć mój afekt do tego typu samochodów. Po prostu mam jakąś dziwną słabość do sedanów z mocnymi, wolnossącymi silnikami. Audi RS4 B7, BMW M3 CRT, czy Maserati Quattroporte GTS. Przynajmniej dwa z nich są na mojej liście zakupowej, ale nie wspomniałem o jeszcze jednym aucie, którego bardzo chcę mieć. To BMW M5 e39. Limuzynę od Maserati również uwielbiam. To wspaniały samochód, ale kwintesencją szybkiego sedana jest klasyczna „Bawarka” z 5 litrowym V8 o mocy 400 KM.

Ze wszystkich M5, tę uwielbiam najbardziej. Z zewnątrz wygląda elegancko jak klasyczny garnitur, po założeniu którego, czujesz się swobodnie jak w dresie. Kolejna generacja już taka nie była i na godnego następcę trzeba było czekać 11 lat. Jakby tego było mało, próżno w nim szukać biało-niebieskiej szachownicy. Ten za to będzie straszyć paszczą Predatora z logiem Lexusa. Co prawda Lexus GS F niezupełnie oddaje to, czym charakteryzowało się BMW M5, ale zmiany względem standardowego modelu i tak są symboliczne. Poza hamulcami, lotką dachową oraz końcówkami wydechu, auto ma jeszcze szersze przednie błotniki z wielkimi skrzelami.

Tylko tyle i aż tyle, bo GS F i tak prezentuje się co najmniej interesująco. Fakt, nazywana przez Lexusa klepsydra, albo przez bardziej spostrzegawczych, paszcza Predatora może przerażać, ale potrójne LED-owe reflektory podkreślone „ptaszkami” wyglądają znacznie przyjaźniej. Linia boczna nie budzi we mnie już tak mieszanych uczuć. Nadwozie ma całkiem przyjemne dla oka proporcje, a lotka z włókna węglowego na klapie bagażnika nadaje dyskretnego pazura. Nie da się też nie zauważyć pomarańczowych zacisków, schowanych za pięknymi, szprychowymi felgami o rozmiarze 19 cali, na które nawinięto opony o rozmiarze 255/35 z przodu i 275/35 z tyłu.

Do środka zaprasza piękny, biały fotel, który nie tylko jest bardzo wygodny, ale też świetnie podtrzymuje ciało w zakrętach i wiecie co? Na pierwszy rzut oka to jedyny element, którym wyróżnia się GS F. Wsiądźcie do środka, a odrazu zwrócicie uwagę na podłokietnik z alcantary. I tutaj zastanawia mnie sens stosowania tego materiału. Tak samo, jak na daszku zegarów. Wyłożenie nią kierownicy również byłoby co najmniej dziwne, więc nie lepiej było zostać przy klasycznej skórze? Tak samo nie jestem zwolennikiem przekombinowanych zegarów. Obrotomierz ma zbyt dużo trybów, a prędkościomierz jest rozmiaru guzika od koszuli. Szkoda, bo uważam, że nie ma sensu poprawiać doskonałości w postaci zestawu z Lexusa LFA, czy IS F-Sporta, nawet jeśli ten ma już swoje lata.

Cieszę się za to, że ciągle pracuje się nad poprawieniem wyglądu listew wykończeniowych, bo tymi jestem zachwycony. Tak samo z resztą jak wielkością ekranu nawigacji satelitarnej oraz zestawu audio Marks&Levinson. Niestety z bólem przyznaję, że nie nasłuchałem się go tak bardzo, jakbym chciał. Byłem zajęty brzmieniem 5 litrowego V8, który został żywcem przeniesiony z RC F-a. To oznacza, że za wprawianie w ruch tylnej osi odpowiadają wolnossące 477 KM i 530 Nm, a dzięki stosunkowo niewielkiej masie 1,8 tony (konkurencja jest nawet 200 kg cięższa), auto rozpędza się do setki w 4.6 sekundy. Prędkość maksymalna? 270 km/h i jest to wartość zablokowana kagańcem.

Zastanawiacie się zapewne, czy skoro „bebechy” to czysty RC F, to czy samochód zachował swój ciężkawy charakter? Raczej tak. Różnica polega na tym, że GS F-owi to po prostu pasuje. I mnie również, a brak zdecydowania wiąże się z tym, że auto poruszało się na zmęczonym życiem ogumieniu, przez co przy przyspieszaniu z niskich prędkości, zachowywało się dość nerwowo. Na tyle, by przy szykanie pokonanej z prędkością około 130 km/h wyrwać się w nadsterowność, którą udało się pokonać z pomocą włączonej kontroli trakcji. Przy wysokich prędkościach GS F jest jednak bardzo neutralny. Tak samo z resztą w zakrętach, o ile te (akurat w wypadku testowego modelu) nie zmieniają się zbyt raptownie.

Trochę zadziwia mnie fakt, że o ile Lexusa RC F nie kupiłbym sobie, tak GS F-a jak najbardziej mógłbym wziąć pod uwagę. Może właśnie dlatego, że charakter samochodu wreszcie trafił tam, gdzie powinien. Do wielkiej limuzyny, która w zależności od nastroju kierowcy, może być krążownikiem, niespecjalnie drenującego zawartość portfela, by chwilę później być niesamowicie szybkim, złowrogo rycząc wolnossącym V8. Swoją drogą ten mógłby być bardziej doniosły, bo brzmienie naprawdę jest przyjemne dla ucha.

Żeby jednak móc się nim cieszyć, trzeba przygotować 446 tysięcy złotych. Prezentowany model, wyposażony dodatkowo w lakier metallic, inteligentną kartę oraz pakiet Multimedia (w którego skład wchodzi zestaw audio Marks&Levinson, duży ekran multimedialny oraz nawigacja satelitarna) kosztuje już 480 010 złotych. Czy to dużo? Klasowi rywale potrafią kosztować dwa razy więcej.

Marcin Koński

Czytaj dalej
Reklama
Komentarze

Lexus

TEST – LEXUS RX450H

Lexus RX był pierwszym SUV-em na rynku, który miał w ofercie napęd hybrydowy. Z biegiem lat, podobnych konstrukcji pojawiło się coraz więcej, jednak z czasem, te zostały wyparte przez samochody z systemem Plug-In. Czy w takim wypadku, jedyna tradycyjna hybryda w postaci Lexusa RX450h ma jeszcze jakiś sens? 

Silnik: V6 Pojemność: 3456 cm3 Moc: 313 KM/6000 obr./min. Moment: 474 Nm/4600 obr./min. Skrzynia biegów: Bezstopniowa 0-100 km/h: 7.7 s Prędkość max. 200 km/h Masa 2100 kg Cena 307 500 PLN

Jeśli masz mniej, niż 20 lat, to najprawdopodobniej ten artykuł będzie dla ciebie prawdziwą lekcją historii. Zanim jednak od niej zacznę, dodam, że właściwie to nie potrafię wyobrażać sobie, żebyś nie miał pojęcia, czym jest Snake. Mimo, iż logika nakazuje być ostrożniejsza w stawianiu takich wniosków, to nie umiem wyimaginować sobie sytuacji, kiedy pytam kogoś: „grałeś w węża?” i w odpowiedzi dostaję kręcenie głową z pytaniem „a co to?”.

Trzeba pamiętać, że ta gra zawdzięcza swoje istnienie telefonom marki Nokia. Tak, to dokładnie ta firma, od pancernych cegieł z modelami 3210 oraz 3310 (z końca lat 90. XX wieku) na czele, o których mówi cały świat memów. Lata mijały, a telefony zmieniały się tylko o tyle, ile musiały. Pojawiły się kolorowe wyświetlacze, sieć 3G, aparaty fotograficzne, czy system operacyjny Symbian, jednak marka nie wyróżniała się niczym na tle coraz to większej konkurencji. Efektem tego był rok 2009, czyli pierwszy, w którym marka zaczęła odnosić stratę. Powody były dwa. Pierwszym był debiut pierwszego iPhone-a w 2007 r. Drugim, pojawienie się rok później systemu operacyjnego Android.

Jaka była odpowiedź fińskiej marki? W 2011 r, kierownictwo nawiązało współpracę z Microsoftem, wypierając Symbiana na rzecz systemu Windows Mobile. Zmiany, dla potencjalnych klientów, nie były żadnym argumentem przemawiającym za zakupem nowego telefonu z Espoo, przez co rok później marka przestała być największym producentem aparatów komórkowych na świecie, a w 2013 roku Nokia zostaje wykupiona przez Microsoft. Zastanawiacie się, czemu największy komórkowy gigant trafił do lamusa? Powodem jest „przespanie boomu” na smartfony oraz szereg złych decyzji biznesowych.

Oczywiście nie da się tego powiedzieć na temat Lexusa, chociaż z drugiej strony nie sposób nie odnieść wrażenia, że Japończycy zdecydowanie przespali pewien etap tego typu konstrukcji. W 2005 roku, kiedy to debiutował pierwszy SUV napędzany silnikiem elektrycznym i spalinowym (czyli Lexus RX400h), mieszana hybryda była przyszłością oraz znakiem nadchodzących czasów. I rzeczywiście tak było. Z biegiem lat, na świecie zaczęło przybywać samochodów z „dwoma sercami”. Teraz, 13 lat po debiucie, praktycznie każdy producent SUV-ów na rynku musi mieć w ofercie auto z tego typu napędem. Sęk w tym, że wszyscy inni sprzedają hybrydy typu Plug-in, a rozwiązania znanego z Lexusa nie znajdziesz już nigdzie indziej, poza RX450h.

Czy to źle? Jeśli pominiesz fakt, że przez pierwsze 30-40 km od naładowania akumulatorów, nie będziesz mógł jeździć wyłącznie na prądzie, a średnie zużycie paliwa będzie o około litr wyższe, niż w np. konkurencyjnym Volvo XC90 T8, to raczej nie. Średnie spalanie w RX450h w trasie to niespełna 8 litrów na 100 km, jednak najniższy odnotowany wynik nieznacznie przekraczał 7. Nie są to może wartości, od których dostaniesz oczopląsu, jednak musisz pamiętać, że pod maską jest 3,5 litrowe, wolnossące V6.

Samo w sobie produkuje 263 KM i 335 Nm momentu obrotowego, ale w połączeniu z silnikiem elektrycznym, zespół wyciska z siebie 313 KM oraz 474 Nm. Sprint do 100 km/h? To nie powinno trwać dłużej, niż 8 sekund, ale prędkość maksymalna to równo 200 km/h. Liczyłeś na więcej? Cóż, samochód waży 2,1 tony, zaś możliwości autostradowe, ograniczone są przez zespół hybrydowy. W praktyce i tak będziesz zadowolony, bo auto z entuzjazmem podchodzi do rozpędzania się, a słuchanie brzmienia silnika V6, to coś, czemu z przyjemnością będziesz się oddawać. To tak samo mocna karta RX-a, co nagłośnienie od Marks&Levinsona, które brzmi wspaniale.

A skoro jesteśmy już w środku, warto też wspomnieć o wygodnych siedzeniach, wyściełanych miękką skórą, w których jazda jest prawdziwą przyjemnością. Z resztą widać, że nie szczędzono tu krów, bo szlachetnym materiałem pokryto też boczki drzwiowe oraz dużą część deski rozdzielczej. Na tym nie koniec, bo znajdziesz tu również drewno, którym wyłożono tunel środkowy. Fakt, nie jest to dużo. Zdecydowanie więcej znajdziesz srebrzystych wstawek, które co prawda ładnie wyglądają, jednak pod palcami zbyt mocno „smakują” plastikiem. Rozczarowany? Podgrzewanie kierownicy, bezgranicznie nieocenione zimą (zwłaszcza, kiedy na mrozie myjesz, czy fotografujesz samochód), działa wyłącznie tam, gdzie powinieneś trzymać ręce, a i tam nie urzeka skutecznością. W zasadzie to równie dobrze mógłbyś sam sobie chuchać w dłonie.

RX450h nie tylko tutaj rozczarowuje. Pomimo napędu na obie osie, auto, na śniegu, okazuje się być potwornie podsterowne. Zapomnij o jakiejkolwiek zabawie, zarzucaniu tyłem i tym podobnych rozrywkach. Odnosiłem wrażenie, jakby tylna oś nie miała nic wspólnego z układem napędowym. Problem jednak okazuje się być poważniejszy, bo przednia oś nie umie utrzymać się w ryzach nawet na suchym asfalcie i jak na moje oko, problem nie leży wyłącznie w oponach Yokohama, w rozmiarze 235/55R20. Ktoś oczywiście zaraz powie: „przecież zawieszenie w Lexusach mają komfortowe nastawy (z wyjątkiem wersji F Sport), więc nie wymagaj od nich wyścigowego prowadzenia!”. Owszem, nie wymagam, ale np. równie komfortowy Mercedes prowadzi się znacznie lepiej. Nawet pomimo tego, iż musisz zaakceptować układ kierowniczy, który działa z podobnym opóźnieniem, co w Lexusie. Nie jest to jeszcze nic złego. Nadal nie mogę zapomnieć, jak koszmarną reakcję na ruch kierownicą zaoferowało Audi w Q7.

Z resztą, jeśli chcesz mieć fajnie prowadzącego się SUV-a, który potrafi niewiele palić i jest Lexusem RX450h, to zjedź szczebel niżej w tabelce wersji wyposażeniowych i wybierz odmianę F Sport. Ten ma sztywniejsze zawieszenie oraz bardziej bezpośredni układ kierowniczy. Ponadto, jeśli może to być argumentem, również ciekawsze zegary. I jeszcze jedno. Hybrydowy RX450h jest też ciekawszą propozycją od benzynowego RX300, do niedawna znanego pod nazwą RX200t, bo jest szybszy i pali mniej. Jeśli więc chcesz mieć takiego, musisz przygotować co najmniej 307,5 tysiące złotych. Prezentowany samochód, w wersji Prestige z lakierem metallic oraz pakietem Exclusive to wydatek 428 100 zł.

Marcin Koński

Czytaj dalej

Lexus

TEST – LEXUS GS200T

Jeśli mam być szczery, to przed testem Lexusa GS200t, moje podejście do auta nie miało nic wspólnego z entuzjazmem. Wszystko przez to, że jeździłem już każdym innym modelem japońskiego producenta, gdzie występowała ta jednostka i byłem nią szczerze rozczarowany. Tymczasem tutaj, 2 litrowa turbo-benzyna wydaje się wręcz stworzona do napędzania GS-a. 

Silnik: R4 Pojemność: 1998 cm3 Moc: 245 KM/5800 obr./min. Moment: 350 Nm/1650-4400 obr./min. Skrzynia biegów: Automatyczna, ośmiobiegowa 0-100 km/h: 7.3 s Prędkość max. 230 km/h Masa 1665 kg Cena 199 600 PLN

Jednym z najbardziej istotnych elementów każdej marki jest rozpoznawalność. W czasach, kiedy na dobrą sprawę wszystko jest zunifikowane i właściwie identyczne, indywidualizm jest ostatnią rzeczą, która pozwala producentom wyróżnić się na tle rywali, czy bliźniaczych konstrukcji. Co dziwne, nie wszyscy są w stanie to zrozumieć, dlatego też Toyota GT86 i Subaru BRZ wyglądają na tyle podobnie, że — jeśli zasłonić loga — odróżni je od siebie tylko prawdziwy koneser japońskiej motoryzacji.

Nie wszyscy producenci z „Kraju kwitnącej wiśni” mają z tym problem, bo nie sposób pomylić np. Nissana Qashqaia, Quashkaia, Qaszkieta, czy po prostu Kaszkaja z Renault Kadjarem, który moim zdaniem, stylizacyjnie wyprzedza Japończyka o całe lata świetlne. To, czemu Francuzi zawdzięczają sukces (przynajmniej biorąc pod uwagę wygląd), to charakterystyczne elementy, jak np. wielkie logo, czy światła LED albo to mocno wyciągnięte do dołu, w zderzak, albo praktycznie łączące się ze sobą z tyłu. Inni producenci świetnie to rozumieją, dlatego próbują za wszelką cenę poszukać swoich wyjątkowych wyróżników. Audi ma wielki grill Single Frame, Volvo światła LED, tzw. „Młoty Thora” a Maserati potrójne nerki w błotnikach.

Czasami producenci ze swoimi wyróżnikami są źle rozumowani, a tego najlepszym przykładem jest Skoda. Kogo bym nie zapytał, to odpowiedział mi, że ta marka ma w logo kurę albo kalafiora. Całkiem niedawno, czeski producent zrobił w internecie kampanię przedstawiającą, co tak naprawdę oznacza jego logo, jednak z perspektywy czasu nie zmieniło to praktycznie nic. Obawiam się, że z podobnym problemem będzie borykać się Lexus. Dlaczego?

Odkąd testuję Lexusy, niemal zawsze pisałem coś na temat przodu tych aut. Na początku wyjaśniam, że grill ma przypominać klepsydrę. Po co? Przypuszczam, że tego nie wie nawet osoba, która zaprojektowała tę atrapę chłodnicy, jednak za każdym razem, kiedy tylko pomyślę o niej, jedyne skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to paszcza Predatora. To samo światła dzienne. Z założenia mają symbolizować groty strzał, jednak moim zdaniem to Nike musiał maczać w tym palce.

Czytaj dalej

Lexus

Test – Lexus IS200T

Jeśli nie możesz sobie wyobrazić tego, jak mógłby wyglądać obecny Lexus IS F, popatrz na IS200t z pakietem F Sport. Zmień końcówki wydechu, dodaj pokaźniejsze tarcze hamulcowe, lekko uwydatnij przednie błotniki i voilà! A i bez tego wszystkiego auto w tylnym lusterku potrafi wzbudzi przerażenie.

[divider]Specyfikacja[/divider]Silnik: R4 Pojemność: 1998 cm3 Moc: 245 KM/5800 obr./min. Moment: 350 Nm/1650-4400 obr./min. Skrzynia biegów: Automatyczna, ośmiobiegowa 0-100 km/h: 7.0 s Prędkość max. 230 km/h Masa 1680 kg Cena 162 900 PLN

Lexus IS F był prawdziwą niespodzianką dla miłośników marki, czy w ogóle szybkich samochodów. Dlaczego? Do momentu premiery, japoński producent był kojarzony z nudnymi limuzynami, które niewiele robiły sobie z mocą, jaką potrafiły wykrzesać silniki pod ich maskami. Nie wspomnę tu nawet o prowadzeniu, bo te, poza tym, że w ogóle było, nie zasługiwało na większą uwagę. Te samochody przede wszystkim miały zapewnić komfort. No w sumie to jedynym wyjątkiem byłby pierwszy IS, którego ochrzczono mianem japońskiego BMW serii 3. Ten jednak nie oferował niczego na miarę topowego M.

Aż wreszcie przyszedł rok 2007, kiedy to podczas targów w Detroit zaprezentowano katanę na niemiecką trójcę. Do stosunkowo niewielkiego, czterodrzwiowego nadwozia wciśnięto wolnossący, pięciolitrowy silnik o mocy 423 KM i momencie obrotowym równym 505 Nm. Taki zestaw wprawiał w ruch tylne koła, przerzucając auto przez granicę 100 km/h w niespełna 5 sekund. Prędkość maksymalna? Niczym niezmącone 270 km/h. I żeby nie było, że IS F był w stanie dogonić Niemców wyłącznie na prostej, tylko dlatego, że nie miał założonego elektrokagańca. W zakrętach można było polegać nie tylko na fantastycznym podwoziu i odpowiednio szerokich oponach, ale również na zaawansowanej elektronice, odpowiadającej nie tylko za utrzymanie samochodu w torze jazdy, ale również za jak najszybsze pokonanie zakrętów.

I wszystko byłoby naprawdę wspaniałe, gdyby nie to, że zapewne zastanawiacie się, o jakim samochodzie miałem tak naprawdę pisać. IS F-a zaprzestano produkować po siedmiu latach, a niewiele później zaprezentowano jego następcę, dwudrzwionego RC F-a. Nie. Wcale nie chodzi mi o to, że RC F nie jest ciekawy, bo auto mi się podoba pod pewnym warunkiem. Nie jest wyposażony w pakiet Carbon. Ja z kolei mam pewien niedosyt, bo bardzo chętnie zobaczyłbym nową generację IS F-a. Zwłaszcza, że po liftingowemu IS-owi z pakietem F-Sport naprawdę bardzo niewiele brakuje do tego, by wyglądać odpowiednio. A już na pewno w płomiennej czerwieni.

Przede wszystkim zwróćcie uwagę na przód IS-a. Klepsydra, czy też jak kto woli, paszcza predatora, stała się jeszcze bardziej wyrazista i z jeszcze większą łatwością wyprasza towarzystwo z lewego pasa. Nie wykluczone, że niemała w tym zasługa również bardzo zadziornych, pionowych wlotów powietrza po bokach zderzaka, bądź reflektorów, które naprawdę zjawiskowo prezentują się po zmroku. Z resztą to z tyłu również wygląda bardzo interesująco za sprawą potrójnych, nakładających się na siebie LED-ów w kształcie litery „L”. Pomiędzy nimi uwagę przykuwają kute felgi o rozmiarze 19 cali oraz progi, zawijające się do góry przy tylnych kołach.

W środku trudno o bardziej sportowy klimat. Kierowca jest ciasno obudowany wysokim tunelem środkowym i masywną deską rozdzielczą, a za nieszczególnie dużą i świetnie trzymającą się w dłoniach kierownicą macie absolutnie najfajniejszy zestaw zegarów, jaki możecie znaleźć w tej klasie. Bo w sumie trudno o coś lepszego, co praktycznie jest żywcem wyciągniętego z Lexusa LFA. Co prawda tutaj obrotomierz jest wyskalowany do 7 tysięcy obrotów, a wskazówka nie wspina się na czerwone pole z takim impetem, jak przy epickiej V10, ale ten zegar potrafi się przesuwać! No i wygląda dokładnie jak w LFA! I uwielbiam go ze wszech miar! Nie ma w tym samochodzie niczego lepszego, choć fotel naprawdę fajnie trzyma ciało w zakrętach, a nić pięknie odcina się bielą na wszechobecnych połaciach czerni. Sam lifting też wiele tu zmienił. Znajdziecie lepszej jakości listwy wykończeniowe, a większy ekran nawigacji oczarowuje rozdzielczością.

Oczarowanie nie opuści Was jeszcze na długo. Jeśli postanowicie zacząć jazdę od krętego odcinka za miastem. IS200t fantastycznie układa się do zakrętów, sprawiając wrażenie niebywale zwartego. Szkoda tylko, że opony zimowe Bridgestone nie dorównują możliwościom zawieszenia, wpędzając auto w raptowną podsterowność, a układ kierowniczy stał się lekko kluchowaty. W sumie to nie miałbym nic przeciwko, gdyby kierownica kręciła się z trochę większym luzem i szybciej zlecała komendy przedniej osi. Tak samo, jak bardzo chętnie widziałbym tu znacznie bardziej żywiołową skrzynię biegów, bo ta w standardowym ustawieniu jest szybka jak pędzący z prędkością maksymalną walec drogowy.

Poważnie. Skrzynia jest tak powolna, że na autostradzie najlepiej jest jechać w trybie sportowym. No, chyba, że ogarniasz przerzucanie łopatkami ośmiu biegów. Wtedy te okażą się być nawet na coś przydatne. Być może to właśnie przez przekładnię, Lexus IS200t rozpędza się do 100 km/h w 7 sekund (dla porównania BMW 330i robi to samo w mniej, niż 6). Prędkość maksymalna? 230 km/h, czyli mniej, niż oferuje konkurencja. Zużycie paliwa? Jeśli nieszczególnie cię ono obchodzi, to na pewno możesz zapomnieć o wyniku poniżej 12 litrów na setkę, co oznacza, że Lexus też więcej pali od swoich rywali. Czy w takim razie Lexus naprawdę nie ma żadnych dobrych stron? Ma. Przede wszystkim jest tu trochę charakteru, bo auto lubi zamiatać biodrami (zwłaszcza na mokrej nawierzchni), no i mimo mizernego przyspieszenia do setki, dość szybko osiąga 200 km/h i więcej.

Trudno jednak przy wyborze IS200t kierować się wyłącznie rozumem i chłodną kalkulacją, bo poza zachwycającym designem oraz śmiałym nawiązywaniem do najlepszego Lexusa w historii, nie znajdziecie tu zbyt wiele ostatnich krzyków innowacji. Fakt, wyposażenie jest tu przebogate, ale ciągle brakuje mi rozbudowanego asystenta świateł drogowych. No bo w sumie to po co mi taki, działający na zasadzie „włącz-wyłącz”, skoro sam mogę być przynajmniej równie skuteczny? W dodatku snop światła dość słabo doświetla to, co znajduje się powyżej linii oczu. Szkoda, że Lexus nie zdecydował się na bardziej wydajne rozwiązanie, które jest bezpieczniejsze przy szybkiej jeździe autostradą po zmroku.

Mimo wszystko i tak bardzo chętnie zainteresowałbym się Lexusem IS200t. Cena? Katalogowo to co najmniej 163 tysiące złotych, ale w promocji możecie dorwać auto już za 30 tysięcy zł mniej. Prezentowany model, z pakietem F Sport, lakierem metallic i skórzanymi siedzeniami to wydatek 191 400 zł. Jak za możliwie maksymalnie wyposażone auto, cena wydaje się być całkiem atrakcyjna.

Marcin Koński

Czytaj dalej
Reklama

Facebook

Reklama

Testy

Testy5 miesięcy temu

TEST – VOLVO V90 CROSS COUNTRY D4

Wydaje mi się, że uterenowione kombi powstały z dwóch powodów. Pierwszy, aby pomimo większego prześwitu nadal prowadziły się jak normalne...

Testy5 miesięcy temu

TEST – VOLKSWAGEN SCIROCCO R CUP

Szczerze przyznam, że nigdy nie byłem fanem ostatniej odsłony Volkswagena Scirocco z jednego prostego powodu. Nie podoba mi się, a...

Testy6 miesięcy temu

Test – Toyota GT86

Mogłoby się wydawać, że Toyota GT86 to samochód, w którym będziesz mógł zabrać co najwyżej jedną osobę i to co maksymalnie na...

Mitsubishi6 miesięcy temu

TEST – MITSUBISHI ASX 2.2 4WD RALLIART

Jeśli jesteś fanem kultowych marek, o których od jakiegoś czasu wiadomo bardzo niewiele, to Mitsubishi w swoich salonach ma jeszcze...

Mitsubishi7 miesięcy temu

TEST – MITSUBISHI ASX 1.6

Mitsubishi ASX jest na rynku już od 8 lat. To bardzo dużo, zważywszy, że obecnie, producenci w tym czasie zdążyliby...

Opel7 miesięcy temu

TEST – OPEL ASTRA 1.0 TURBO

Bardzo duży, kompaktowy samochód z ekonomicznym, benzynowym silnikiem i rewelacyjnym zawieszeniem za rozsądne pieniądze. Czyżby marzenie „Grażyn” i „Januszy” tak...

Lexus7 miesięcy temu

TEST – LEXUS RX450H

Lexus RX był pierwszym SUV-em na rynku, który miał w ofercie napęd hybrydowy. Z biegiem lat, podobnych konstrukcji pojawiło się...

Renault7 miesięcy temu

TEST – RENAULT MEGANE GRANDTOUR GT

Topowy, rodzinny kompakt od Renault charakteryzuje się fantastycznym systemem 4Control i ponad 200 konnym silnikiem z turbodoładowaniem. O ile pierwsze jest...

Jeep8 miesięcy temu

TEST – JEEP COMPASS 1.4 MULTIAIR

Po niezbyt udanym poprzedniku, Jeep postanowił nie składać broni i zbudował nowy model kompaktowego SUV-a. Aby Compass numer dwa miał...

Hyundai8 miesięcy temu

TEST – HYUNDAI TUCSON 1.7 CRDI

Hyundai Tucson to całkiem ładny, nieźle wyposażony i atrakcyjnie skalkulowany SUV, który najprawdopodobniej przypadnie do gustu zdecydowanej większości poszukujących tego...

Najpopularniejsze